http://www.gothic.phx.pl

:: Giron 3: Życie w Kolonii Karnej
Artykuł dodany przez: Advocate (2005-01-06 19:35:21)

Prolog

Spokojny i cichy poranek. W oddali słychać śpiew ptaków i szum wartkiej rzeki wpadającej do morza. Za pogórkiem spaceruje ścierwojad i zajada się błyszczącą w letnim i gorącym słońcu trawą. W jaskini śpią dwa kretoszczury prowadzące jak zwykle swój nudny tryb życia. Patrząc w las, można w oddali co i raz zobaczyć latającego i czujnego krwiopijce, który wygląda jakby szykował się do ataku na bezbronne i niewinne leśne zwierzęta. Wszystko zdaje się wyglądać tak jak zawsze. Prawie wszystko... W całej okolicy aż roi się od najemników. Co oni tu robią? Wyglądają jakby na coś czekali... Niespodziewanie północna brama Starego Obozu się otwiera. Rozpoczyna się bitwa. Już ostatnia... w Kolonii Karnej.


Rozdział I: Pierwsze dni w kolonii

Trzech paladynów i sędzia prowadziło Girona przez przełęcz prowadzącą do Górniczej Doliny. Na miejscu kilku rycerzy ładowało drewniane skrzynie na dużą windę opuszczaną do kolonii.
- W imieniu króla Rhobara II, pana Ve... - zaczął swoją przemowę sędzia, kiedy wszyscy stali na skraju urwiska.
- Moglibyście przynajmniej darować sobie to przemówienie? - Przerwał mu Giron.
- Jak śmiesz skazańcze! - Krzyknął sędzia i po chwili zaczął mówić dalej. - Pana Veran...
- Nie! Nie będę tego słuchał! - Giron zrobił szybko krok w tył i spadł z urwiska.
Przeleciał przez magiczną Barierę i wpadł do wody. Znajdował się teraz w Górniczej Dolinie. Wypłynął na powierzchnię i wyszedł z wody. Na placu wymian stało około tuzina mężczyzn, kilku z nich transportowało skrzynie. Jeden ze strażników podszedł do Girona.
- Witaj! Nazywam się Bloodwyn. Należę do Starego Obozu i jestem człowiekiem Gomeza. - Imię to zaparło dech w piersi Girona.
Wojownik nie miał zamiaru spotykać się z Gomezem, a szczególnie po tym co zrobił mu na kontynencie.
- Wyglądasz na silnego, może chciałbyś należeć do jego ludzi? - Zapytał Bloodwyn.
Słysząc te słowa Giron zastanawiał się tylko nad jednym - "Jakim cudem Gomez tak szybko objął tu władze? Przecież trafił tu dosyć niedawno".
- No cóż... pomyśle o tym... - Giron nie wiedział co odpowiedzieć. Jedyna myśl jaka kłębiła mu się w głowie to jak się stąd najszybciej wyrwać.
Niespodziewanie odezwał się jakiś inny mężczyzna.
- Hej! Ja chyba wiem kim on jest - Giron spojrzał na strażnika, kiedy ten znowu krzyknął - Zakuć go!
Giron uniósł ręce, ale ktoś z tyłu mocno uderzył go w głowę, a następnie zarzucił mu na szyję łańcuch.
- Co to ma znaczyć?! - Pytał przerażony wojownik podczas gdy strażnicy wiązali mu ręce.
- Flether, kim on jest? - Zaciekawił się Bloodwyn.
- Przekonamy się w obozie. Dobra, wracamy do zamku! - Odpowiedział Flether i wszyscy ruszyli przełęczą Górniczej Doliny.
Przeszli ją, potem ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki. Następnie pokonali most pilnowany przez dwóch strażników i stanęli przed bramami Starego Obozu. Z każdej strony otoczony był wysokim drewnianym murem. W jego wnętrzu stał wielki i stary zamek, wybudowany dawno temu przez króla. Wokół niego, w zewnętrznym pierścieniu znajdowało się wiele drewnianych chat należących głownie do Cieni i kopaczy. Strażnicy i magnaci mieszkali w zamku. Giron i ludzie Gomeza minęli kawałek zewnętrznego pierścienia, weszli do zamku mijając trzech strażników. Jeden z nich, stojący z przodu nosił zbroję bardzo podobną do pancerzy paladynów.
- Kogo prowadzicie? - Zapytał strażnik w zbroi paladyna.
- Zaraz się przekonamy, Thorusie - Flether głupkowato się uśmiechał.
Zamek w środku wydawał się jeszcze większy niż na zewnątrz. Po prawej stronie pod czujnym okiem Skorpiona trenowało kilku strażników. W lewym rogu stała kuźnia, wyżej zaś mieścił się klasztor Magów Ognia. Girona wprowadzono do siedziby magnatów. Przeszli korytarzem, pokojem na lewo i weszli do długiej sali. Na tronie zasiadywał potężny wojownik. Giron poznał go od razu. Właśnie miał przed oczami bandytę, spoglądał na Gomeza. Wszyscy podeszli bliżej. Wróg Girona miał spuszczoną głowę, zdawał się być zamyślony. Po chwili ją uniósł.
- To ty! - Gomez wstał.
Girona zatkało, "Co robić? Przecież on mnie zabije!". Obwiązany łańcuchami nic nie mógł zrobić.
- Nie pomyliłem się! - Z zadowoleniem krzyknął Flether. - Przydałoby się parę groszy... pamiętasz? Poznałem cię po głosie, nie po wyglądzie - Flether dał mocnego kopniaka Gironowi i mówił dalej. - Kiedy ci przeklęci rycerze mnie wiązali, stałeś do mnie tyłem.
- Brawo Fletcher! - Przerwał mu przemowę Gomez i zwrócił się do Girona - Jak dopadniemy tego gnoja Lee, to razem będziecie nas błagać o litość...
- Gdzie jest teraz Lee? - Zapytał Giron. to był błąd. Te słowa rozwścieczyły Gomeza.
- Śmiesz mnie o cokolwiek pytać? - odpowiedział Gomez.
Kolejna seria kopniaków odebrała Gironowi świadomość...

"Co za początek... Nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Ile jeszcze wytrzymam? Dłużej już nie mogę. Gdzie jest Lee? Błagam... niech mnie ktoś stąd wyciągnie!" Takie myśli kłębiły się w głowie Girona, kiedy leżał w najciemniejszych zamkowych lochach, gdzie nie docierało żadne światło. Pierwszego dnia strażnicy tak go pobili, że mało się nie „przekręcił”. Kopali go, ile tylko mieli sił. Gdy zabawa ta im się znudziła zanieśli go do najniższego zamkowego lochu. Co jakiś czas wracali i dalej go bili. Ostatni raz w lochu wojownika byli jakieś trzy tygodnie temu, ta zabawa widocznie się im znudziła. Raz dziennie jakiś bandzior przynosił bohaterowi wodę. Nie warto pytać czym żywił się Giron bo na samą myśl robi się niedobrze. Pająki, robaki, prawdziwym rarytasem okazywał się czasami chrząszcz. Gomeza dziwiło to, że wojownik wytrzymuje, ponieważ Giron miał mocno pokiereszowane lewe oko, złamano prawą nogę, pokrwawione i posiniaczone cale ciało. Bohater prosił Innosa o pomoc. Jedynym, w miarę rozsądnym wytłumaczeniem było to, że żyje tylko dzięki Bożej pomocy. Szef starego obozu chciał utrzymać cierpienie Girona w tajemnicy, więc wiedzieli o tym tylko magnaci i strażnicy.
Pewnego dnia do celi Girona wszedł Flether z innym strażnikiem. Ten drugi, o nic nie pytając zarzucił wojownika na plecy niczym tobołek i zaniósł do siedziby Gomeza. Rzucił Girona przed tron szefa starego obozu.
- Wytrzymały jesteś - rzekł Gomez.
Bandzior wziął ze stołu kawałek chleba i rzucił Gironowi na ziemie. Ten o nic nie dbając chwycił pożywienie i jak najszybciej zjadł.
- Flether, daj mu trochę wody - rozkazał Gomez.
Strażnik zrobił to bardzo niechętnie. Trzymając pojemnik z wodą dał się napoić Gironowi.
- Starczy! - Powiedział szef starego obozu. Wojownik zdążył wypić zaledwie kilka łyków wody.
Zapadła cisza. Wszyscy zebrani byli pewni, że Gomez zamierzał zabić Girona. Ze zdziwieniem spoglądali teraz na swojego szefa. Zaraz odezwał się Gomez:
- Potrzebujesz sił - zwrócił się do cierpiącego Girona. - Myślę, że tyle starczy ci, żeby dotrwać do starej kopalni. Załadujcie go na wóz i czymś zakryjcie, żeby reszta obozu nie zobaczyła tego nędznika. Za obozem możecie z nim robić co wam się będzie podobało. Chce tylko, żebyście doprowadzili go do kopalni. Niech się chłopak trochę pomęczy! Może się na coś przyda!
Kiedy strażnicy wyprowadzali ledwo żyjącego Girona Gomez się śmiał. W momencie, w którym strażnicy opuszczali pomieszczenie bandyta powiedział po raz ostatni, gdyż Giron nigdy więcej już nie słyszał jego głosu.
- Żegnaj, kolego! Już chyba nigdy więcej się nie spotkamy! - W sali wybuchły głośne śmiechy. Śmiali się wszyscy, szczególnie Flether. Zaraz Gomez dodał.
- Zajmijcie się nim odpowiednią. Flether! Ty zostań. Mam dla ciebie pewne zadanie...

Strażnicy załadowali Girona na wóz i wywieźli ze starego obozu. "To już koniec" myślał wojownik, "oni mnie zabiją, jak nie tu to w tej kopalni. Innosie! Błagam! Pomóż! Nie opuszczaj mnie! Proszę!" W takich momentach człowiek szuka pomocy tylko tam, gdzie jeszcze może ją dostać. Giron był człowiekiem dobrym i honorowym, nie zawsze jednak postępował tak, jakby życzył sobie tego Bóg sprawiedliwości. Ludzie Gomeza zrzucili wojownika z wozu na ziemie, zaraz po tym jak minęli most pilnowany przez dwóch strażników. Byli to ci sami, którzy stali tam wczesnej. Choć wojownik nie miał teraz czasu o tym myśleć, zdziwiło go to jak ci ludzie wytrzymują tu cały dzień. „Ciekawe ile ten łajdak może im płacić?”
- Dalszą drogę pójdziesz pieszo - powiedział do Girona jeden ze strażników po czym wymierzył wojownikowi silnego kopniaka.
Skazaniec nie wytrzymał bólu i upadł. Kilku innych mu poprawiło. Następnie podnieśli wojownika i przez następne kawałki drogi rzucali i popychali go między sobą.
- Zostawcie mnie! - Giron ledwie krzyczał.
Silne uderzenie z pieści w brzuch po raz kolejny powaliło go na obolałe kolana. Podnieśli go raz jeszcze i w ten sam sposób poprowadzili drogą przypominającą mały wąwóz. Kiedy byli mniej więcej na środku drogi prowadzącej przez wąwóz Giron nie wytrzymał i po raz kolejny upadł na kolana.
- On już dalej nie pójdzie - rzekł jeden z ludzi Gomeza.
- No dobra. Załaduje go wóz. Tak jak chciał szef, dokończą go w starej kopalni przy wydobyciu rudy. Chcecie, żeby się na coś przydał, czy nie? - Powiedział to i zaśmiał się inny strażnik.
- Czekaj! - krzyknął następny. - Ja go załaduje. Tylko jeszcze raz go...
Bydlak podniósł długi i ostry kij. Zamachnął się i... z całej siły uderzył nim Girona w twarz. Wojownik z kolejną pękniętą kością po raz ostatni upadł na ziemie. Tracił czucie w całym swoim ciele. Jego oczy spowijała gęsta ciemność. "To już koniec...koniec moich cierpień...umieram..." Przestał myśleć, już nie mógł. Ciemności oślepiały mu oczy. Ostatnie co widział to bełty i strzały, które świstały i wszędzie latały. Byli też jacyś dziwni ludzie, którzy biegali wokół konwoju i wyskakiwali z każdej strony wąwozu. Bohater zamknął oczy i przestał odczuwać cokolwiek.


Rozdział 2: Opowieść Lee

Otworzył oczy. Leżał w łóżku. Znajdował się w jakimś pomieszczeniu przypominającym jaskinie. Wszystko, choć w mniejszym stopniu nadal go bolało. Giron rozejrzał się po pokoju. Oprócz stołu, przy którym siedział jakiś mężczyzna i łóżka nic tu nie było. Wojownik nie widział twarzy człowieka siedzącego obok, ponieważ ten był odwrócony do niego plecami. Giron przyglądał mu się przez chwile. Nieznajomy wyglądał na silnego. Obok na krześle leżał jego topór. Nosił strój najemnika.
- Gdzie ja jestem? - Zapytał mężczyznę Giron.
Nieznajomy się odwrócił.
- Generał Lee! - Giron krzyknął.
- Oj, już nie generał - odpowiedział dawny dowódca. - Miło cię znowu widzieć, mój stary przyjacielu!
- Jak tu trafiłem? Co się stało? Nic nie pamiętam...
- Jesteś ranny i obolały, poczekaj chwilę. Przyprowadzę magów...
- Magów?
- Tak. Pewnie też jesteś...
- ...bardzo głodny - dokończył za Lee Giron.
- Przyniosę ci coś do jedzenia. Każę też upolować moim najemnikom zwierzynę.
- Twoim najemnikom?!
- Wszystko w swoim czasie - Lee się uśmiechnął i wyszedł.
Była noc, więc Giron nie wiedział w którą stronę poszedł jego przyjaciel. Ciekawiło go bardziej gdzie się znajduje. Zaczynał sobie powoli przypominać, to co się wydarzyło. "Ciekawe co się stało z konwojem... Ciekawe ile dni minęło od tamtego czasu?". Było jeszcze wiele rzeczy, które interesowały wojownika. Po chwili do pomieszczenia wszedł Lee prowadząc Maga w niebieskiej szacie.
- To jest Saturas, Mag Wody - przedstawił czarownika Lee.
- Witaj, nieznajomy - Saturas podszedł do łóżka Girona.
Dokładnie obejrzał całe jego ciało. Dotkliwe rany i połamane kości owinął delikatną, jedwabno tkaniną, która wyjął z kieszeni. Potem wyciągnął runę z której popłynęło niebieskawe światełko i powędrowało po całym ciele wojownika. Zaraz Giron poczuł ulgę, ból znaczącą zmalał. Saturas schował runę i jął mówić.
- Wyczuwam w tobie coś bardzo dziwnego - słowa kierowane były do Girona. - Kiedy Lee cię do mnie niósł byłem pewny, że nie żyjesz. Wyglądałeś strasznie. Na szczecie magia moja i moich przyjaciół pozwoliła uratować ci życie... Nie do wiary...
Giron nie wiedział co odpowiedzieć.
- Dziękuje... - wykrztusił w końcu.
- Och! Nie dziękuj! Niestety mam teraz dużo pracy. Zajmie się tobą Lee - Staturas wyszedł.
Były generał armii królewskiej postawił przy łóżku wojownika talerz z jedzeniem.
- Chleb, mięso, miód i piwo. Jakbyś chciał dokładkę to mów śmiało - powiedział życzliwie Lee.
Giron był bardzo głodny. Zjadł szybko i poprosił o dokładkę. Kiedy już najadł się do syta powiedział do przyjaciela:
- Najwyższy czas! Opowiadaj!
- To długa historia. Pozwolisz, że opowiem wszystko po kolei, twoją przygodę odkładając na sam koniec.
Lee na chwile się zatrzymał. Wziął głęboki łyk piwa i zaczął opowiadać...
Mija piętnasty dzień, licząc od ostatniego spotkania Lee z Gironem. Sytuacja w królestwie wymyka się z pod kontroli. Król Rhobar szybko potrzebuje rudy. Skazańców w Górniczej Dolinie jest niewielu. Zaczyna się polowanie na przestępców. W ciągu ostatnich dni strażnicy, rycerze i paladyni aresztowali kilkadziesiąt bandytów, złodziei, oraz drobnych rabusiów.
Lee stoi właśnie w kolejce... kolejce do kolonii karnej. Na przełęczy Khorinis jest około pięćdziesięciu skazańców. Więźniowie zrzucani są dwójkami. Były generał z tego faktu nie może być zadowolony, dodając to, że ze skraju urwiska popychany jest wraz ze swoim największym wrogiem, Gomezem. Przez ogromny zbieg okoliczności doszło do ostrej bijatyki, gdy obaj wojownicy wyszli z wody. Mimo, iż walka nie trwała długo dwaj wrogowie zdołali mocno się poobijać. Bijatykę przerwało dwóch skazańców ubranych w stroje straży. Strażnicy mieli poważny problem z uspokojeniem Gomeza, ponieważ bandzior zażarcie się wyrywał.
- Zapłacisz mi za to, Lee! - Krzyczał.
Lee stanął spokojnie i nie zwracał większej uwagi na wroga. Dopiero, kiedy spojrzał wyżej, na skaj urwiska, zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. W kolejce do kolonii karnej ustawiali się teraz ludzie Gomeza. Lee poznał dwóch z nich, Thorusa i Kruka.
Najpierw wpadł ten pierwszy, potem kilku jego ludzi, Kruk i reszta. Ostatni zrzucony został gość o przezwisku Szakal. Bandyci Gomeza ustawiały się prze brzegu, jakby czekając na chwile do ataku, na byłego generała i na starych więźniów trzymających Gomeza. Kolejni skazańcy, którzy wpadali do wody nie należeli już do ludzi Gomeza. Większość ustawiała się z dala od tych oprychów i czekała na to, co miało się zaraz wydarzyć. Ludzi ubranych w stroje strażnicze było zaledwie pięciu, bandytów Gomeza kilkakrotnie więcej.
Strażnicy to zwykli więźniowie, którzy nie wiedzieli, że dzisiejsza dostawa, oprócz kilku skrzyń cennych towarów będzie zawierała cztery tuziny nowych skazańców.
Jeden ze strażników rzekł po cichu do drugiego:
- Sytuacja wymyka się z pod kontroli. Może powinniśmy zawiadomić posiłki?
- Stój spokojnie... - odpowiedział i przerwał drugi.
Jeden z bandziorów Gomeza, który nazywał się Flether, podniósł kamień i rzucił nim w strażnika trzymającego jego szefa.
- Puść go, albo pożałujesz! - Krzyknął.
Strażnicy stali nieruchomą, zdaje się, że szykowali się do ataku.
- Jeżeli nie macie zamiaru walczyć to chociaż dajcie mi broń - Lee zwrócił się do strażników. - Załatwię ten problem!
Kolejny bandzior Gomeza podniósł kamień, ale tym razem rzucił w strone dawnego dowódcy. Gdyby nie pewien silny, wysoki i dobrze zbudowany człowiek o ciemnej karnacji nie złapał tego kamienia to Lee trafiony zostałby w twarz. Obrońca Lee przełożył kamień na prawą rękę, zamachnął się i z całej siły rzucił go w kierunku bandziora celującego przed chwilo w byłego generała. Drań oberwał w klatkę piersiową i z hukiem upadł na ziemie. Do leżącego kumpla podszedł Thorus.
- Nie żyje... zapłacisz mi za to!
Powiedziawszy te słowa, Thorus zbliżył się do wojownika o ciemnej karnacji. Wiele nie zdziałał. Jeden cios przeciwnika powalił go na ziemie i szybko wybił z głowy zamiar zemsty. Wszyscy ludzie Gomeza zwrócili się teraz w stronę potężnego wojownika i ruszyli w jego kierunku. Lee stanął po jego lewicy. Z prawej strony dołączył facet imieniem Lares. Po chwili po stronie wybawiciela stała już cała reszta skazańców. Zdaje się, że oni również nie przepadali za tymi barbarzyńcami z kontynentu. Bandziory się zatrzymały. Gomez wyrwał się strażnikom, ale jakiś bystry strażnik powalił go na ziemie rękojeścią miecza.
- Zapłacisz mi za to! - rzekł do strażnika Flether.
Doszłoby do poważnej bijatyki, gdyby nie tuzin strażników, który wyłonił się zza ścieżki. Wszyscy mieli w rękach kusze.
- Na ziemie, szmaciarze! - Krzyczał jeden z nich. - Już! Związać ich!
Ludzie Gomeza kładli się na ziemie, natomiast Lee i reszta skazańców nawet nie drgnęła.
- No na co czekacie?! Na ziemie! - Ten sam strażnik ponownie zaczął wrzeszczeć.
Kusze skierowały się w stronę Lee i jego towarzyszy.
- Ani mi to w głowie - rzekł były generał.
Strażnik sprawiał wrażenie coraz bardziej zdenerwowanego.
- Daj spokój Sanches... - uratował ich inny strażnik, stojący tu już wcześniej. Wskazał na bandziorów Gomeza. - To oni są wszystkiemu winni!
- Niech cię szlak weźmie, Pablo! Nie potrafisz sobie poradzić z bandą takich debili?! - Wybuchnął na niego Sanches.
- To się chyba nie tyczyło nas? - zapytał go skazaniec o ciemnej karnacji.
Sanches zmierzył go gniewnym wzrokiem i położył rękę na rękojeści swojego miecza.
- Coś ci się nie podoba? - Odpowiedział.
Lee przez chwile stojący cicho, podszedł do Sanchesa i wreszcie się odezwał:
- Gdzie mieszkacie? - Zapytał strażnika.
- Ta ścieżka prowadzi nad rzekę, za nią stoi zamek i jest... Słucham?! - Odpowiedział Sanches.
- opowiedz mi o tym miejscu - Lee zadał kolejne pytanie.
- Zaraz opowiem ci o starej kopalni w której będziesz pracował jeżeli się nie zamkniesz!
- Gdzie tu można rozbić obóz? - Były generał nie dawał za wygraną.
- Zabieraj tych swoim tępaków i zjeżdżaj stąd szybko, żebym cię więcej nie widział!
- Co zamierzasz zrobić z Gomezem i jego ludźmi? Ja bym z nimi uwa… - Lee nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ Sanches przerwał mu głośnym wrzaskiem.
- WON!
Lee zabrał swoich nowych przyjaciół i przeszedł z nimi prawie cało część kolonii, nie licząc tych ziem, które należały do orków. Po drodze dowiedział się, że jego ciemnoskóry wybawiciel nazywa się Gorn. Uzgodnił z Laresem, że będą przywódcami tej bandy. Nazwa "najemnicy" powstała później. Po kilku dniach poszukiwań Lee i jego towarzysze znaleźli doskonałe miejsce do rozbicia obozu, który został nazwany "Nowym Obozem". Okolice były znakomite, znalazła się tu nawet kopalnia, z której się głównie utrzymywali.
Lee wreszcie dokończył swoje piwo.
- No! Pora teraz na ciebie - rzekł.
- Poczekaj! - Przerwał mu Giron. - Opowiedziałeś mi tylko swoją historie, wiele rzeczy jest dla mnie niejasnych.
- Jakich? - Zapytał Lee.
- Jak doszło do tego, że Gomez rządzi teraz starym obozem?
- No tak... pominąłem ważną część tej opowieści. Nie wiemy dokładnie jak to się stało, prawdopodobnie strażnicy nie docenili tych łobuzów. Po jakimś czasie wszyscy byli już wolni i spacerowali po ich obozie. Pewnego dnia wyrżnęli wszystkich strażników i ich dowódcę w zamku. Nie wiem jak on się nazywał... zresztą... to niema znaczenia. Po tym wszystkim rozpętała się wojna miedzy naszym obozem, a starym, która pewnie nie prędko dobiegnie końca. Wierze, że kiedyś uda nam się pozabijać wszystkich tych gnoi. No, to teraz pora...
- Jeszcze jedna sprawa! - Znowu przerwał Giron. - Skąd się tu wzięli Magowie?
- Ach! Na początku było ich trzynastu i mieszkali w klasztorze, w starym obozie. Z tego co słyszałem jeden z nich postradał zmysły i udał się na tereny orków, gdzie nikt więcej już go nie widział. Pozostała dwunastka podzieliła się na dwa kręgi, wody i ognia. Magowie Ognia byli zbyt "zakochani" w Gomezie i w bardzo korzystnej sytuacji, spowodowanej dzięki niemu. Natomiast, Magowie Wody za wszelką cenę chcieli się wydostać z tej przeklętej kolonii, podobnie jak ja. Złożyli mi propozycje. Wychodząc z tego pomieszczania, niżej zobaczysz mały kopiec rudy. Magowie mają nam pomagać, między innymi leczyć uzdrawiać. My natomiast mamy przeznaczać na ich kopiec trzydzieści procent wydobytej rudy z naszej Wolnej kopalni, dodatkowo zapewniamy im ochronę, dlatego nazywamy się najemnikami. Co jakiś czas czarodzieje wysyłają któregoś z chłopaków Laresa do Magów Ognia, jako kuriera. Ludzie Gomeza nie mogą ich atakować. Czarodzieje sprzedają też magiczne runy, księgi, mikstury. W końcu z czegoś muszą płacić moim
ludziom za ochronę. Jak wiesz, każdy kawałek rudy zawiera trochę magicznej energii. Magowie Wody uważają, ze przy jej pomocy uda im się zniszczyć barierę. Zanim uzbierają dostateczną ilość rudy minie jeszcze kilka lat...
- Teraz już wszystko rozumiem - rzekł Giron.
- Teraz ty opowiadaj! Jak tu trafiłeś?
Giron opowiedział byłemu generałowi o swojej przygodzie z Czarnym Magiem, o śmierci swoich przyjaciół i o cierpieniach, które musiał przeżyć w lochach starego obozu.
- Skąd wiedzieliście, że będę jechał tym konwojem? - Zapytał Giron.
- Hehe - dowódca najemników się zaśmiał. – Nie wiedzieliśmy! Miałeś szczęście, że akurat trafiliśmy na twój transport!
- Szczęście...
- Może uratowała cię boska moc. Saturas mówił, że po takich torturach i ranach powinieneś być dawno martwy.
Dopiero teraz wojownik przypomniał sobie o tym, jak prosił Innosa o pomoc. Podziękował Bogu Sprawiedliwości w myślach i słuchał dalej, tego co mówił Lee.
- Nie znam dokładnie szczegółów tej akcji. Opowie ci o niej Gorn. Poczekaj na mnie!
Lee wyszedł. Po chwili wrócił przyprowadzając rosłego wojownika o ciemnej karnacji.
- Witaj! - Tak powitał Girona Gorn.
Wojownicy podali sobie ręce.
- Bardzo rzadko napadamy na konwoje Gomeza - zaczął opowiadać Gorn. - Zabijamy paru skurczybyków i rabujemy ich transport. Miałeś dużo szczęścia, że akurat jechałeś tym konwojem. Gomez musi być wściekły, że im uciekłeś, a może myśli, że już nie żyjesz.
Najemnik zaczął opisywać całą akcje od początku do końca, co już tak bardzo nie interesowało Girona.
- Ten kretyn, Butch, mało cię nie zabił. Na szczęście w porę się zorientowałem, że nie należysz do Gomeza.
- Więc, możesz spokojnie powiedzieć, że uratowałeś mi życie? - Zapytał Giron.
Gorn się uśmiechnął.
- Tyle dla mnie zrobiliście - kontynuował Giron. - Nawet nie wiecie jak jestem wam wdzięczny. Mam nadzieje, że kiedyś będę miał okazje, żeby podziękować wam w jakiś sposób.
- Nie wymagamy od ciebie niczego takiego - powiedział Lee. - Jest jeszcze noc. Śpij i odpoczywaj.
- Jak wyzdrowiejesz zapoznam cię z chłopakami! - Dorzucił Gorn i obaj najemnicy wyszli.
Giron zamknął oczy i natychmiast zasnął.

Tydzień później Giron był już "zdrowy jak ryba". Został najemnikiem i Gorn zapoznał go resztą. Poznał Laresa, Torlofa, Jarvisa, Ciphera i wielu innych. Najbardziej przypadł mu do gusty facet o przezwisku "Wilk", najmniej najemnik o imieniu Butch. Butch często patrzył w stronę Girona. W jego oczach widać było złość i gniew. Może żałował tego, że nie udało mu się go wtedy zabić. Ich nienawiść trwała jeszcze przez wiele lat, aż do końca ich znajomości...

Chata Girona tak jak wszystkie w nowym obozie znajdowała się w ogromnej jaskini. Wojownik mieszkał obok Gorna i Wilka. W całej kolonii były trzy obozy: Nowy obóz, Stary obóz i obóz Sekty. Giron uważał, że w tym ostatnim mieszkają same świry, dlatego prawie nigdy tam nie przychodził. Obóz najemników był największym w Górniczej Dolinie. Wejście do niego było tylko jedno, brama pilnowana przez kilku szkodników. Tak nazywali się ludzie Laresa. Teren w środku był bardzo rozległy. Wielka jaskinia, czyli część mieszkalna nowego obozu stanowiła zaledwie jedno piątą całej powierzchni obozu. Reszta to pole, na którym pracowali zbieracze, Wolna kopalnia, jezioro, a na jego środku jedyna knajpa w obozie i jeszcze kilka wodospadów. Giron lubił samotne wędrówki, dlatego wolne chwile spędzał właśnie nad nimi. Miał wiele czasu, nie musiał nic robić, nie był od nikogo uzależniony. Trzymał się tylko z dala od starego obozu i terenów należących do orków. Prowadził bardzo spokojne i beztroskie życie. Jedynym jego problemem był Butch. Jego spokój miały jednak zakłócić pewne wydarzenia...
Rozdział 3: Najemnicy i strażnicy

Od czasu, kiedy Giron dołączył do Nowego Obozu minęło kilka długich lat. Przez cały ten czas konflikt ze Starym Obozem zaostrzał się coraz bardziej. Nikt jednak nie spodziewał się, ze już niedługą miedzy najemnikami, a strażnikami rozpęta się prawdziwa wojna. Wszystko to rozpoczęło się w mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w Nowym Obozie pojawił się jeden z ludzi Gomeza. Giron siedział na ławce przed swoja chata, kiedy nagle zauważył strażnika zbliżającego się do maga Cronosa. Facet był mniej więcej jego wzrostu. Na plecach nosił długi miecz, wyglądał na silnego. Giron wstał i podszedł bliżej. Przez chwile przyglądał się rozmowie Cronosa ze strażnikiem. Giron wstał i zaczął zbliżać się do rozmawiających. Zatrzymał go głos Butcha.
- Tak się zainteresowałeś to rozmową? - Zapytał bandzior. - Pewnie chciałbyś połamać mu wszystkie kości, che? Z tego co słyszałem nieźle ci się dostało w ich obozie.
Na twarzy Butcha pojawił się złośliwy uśmieszek. Giron odwrócił się i spojrzał w jego stronę. Ten stal kilka metrów przed swoja chatą. Giron nie odzywając się żadnym słowem wszedł do domu swojego wroga. Butch natychmiast zrobił to samo.
- Wynos się z mojego domu! – Krzyknął, kiedy obaj znaleźli się w wnętrzu. - Pozwoliłem ci wejść?!
Giron zbliżył się do wyjścia, ale nie po to by opuścić chatę. Najemnik zamknął drzwi. Butch zacisnął pięść i podszedł do wojownika. Giron był szybszy. Pięścią uderzył przeciwnika w brzuch i poprawił kolanem w twarz, co spowodowało ze Butch upadł na podłogę. Szybko też został do niej przyparty
- Nigdy! Przenigdy! Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy! Rozumiesz, śmieciu! - Krzyczał Giron.
- Du... du... sisz... mnie... - wykrztusił Butch.
- To koniec naszej wojny! Myślisz, że Lee będzie się z tobą cackał?! Jedno moje słowo wystarczy, żebyś skończył jako kret w Wolnej Kopalni...
Giron puścił Butcha i wstał. Kiedy wychodził usłyszał za plecami ciche słowa:
- Chrzań się.
- Co powiedziałeś?!
- Nic! Zostaw mnie wreszcie... Idź już sobie...
- Pamiętaj... jedno słowo - wojownik wyszedł.
Kiedy Giron wyszedł z chaty Butcha strażnika już nie było. Bohater podszedł do Cronosa i zapytał maga:
- Czego chciał ten strażnik?
- Przynosi ważne informacje z obozu na bagnie, chciał się zobaczyć z Satu... Dlaczego pytasz?
- Z Saturasem? A niby po co? A, nieważne...
- Wydaje mi się, że ten człowiek chcę nam pomóc. Pewnie, zamierza zniszczyć Barierę.
- Życzę powodzenia! - Giron odszedł.
Giron podchodził sceptycznie do planu ucieczki Magów Wody. Był przekonany, że spędzi w kolonii karnej resztę swego życia. Wierzył jednak bardzo, w to, że plan Magów się powiedzie.

Kilka dni później Girona zbudziły głośne krzyki w obozie. Szybko wstał, ubrał się i wybiegł z chaty.
- Co się dzieje? - Zapytał najbliższego najemnika.
- Zaatakowali Wolno Kopalnie!
- Kto zaatakował?!
- Te bydlaki! Strażnicy!
Wojownik nie prowadził dłuższej rozmowy, natychmiast pobiegł do Lee.
- Dobrze, ze jesteś! - Takimi słowami przywitał go dowódca najemników. - Gorn chce z tobą rozmawiać.
- Gdzie on jest? - Zapytał Giron.
- Znajdziesz go przy ścieżce prowadzącej do Wolnej Kopalni.
Wojownik nie czekał. Odrazu pobiegł na miejsca pobytu swojego przyjaciela. Za Gornem stało jeszcze czterech innych najemników. Jednego z nich znal bardzo dobrze. Był to Cord, twardy i silny wojownik.
- Witaj! - Przywitał Girona Gorn. - Wspólnie z chłopakami obmyśliliśmy plan odbicia naszej kopalni...
- Jak do diabła te dranie przedarły się przez obronne fortyfikacje naszego obozu?! - Nie pozwolił mu dokończyć Giron.
- Te bandziory musiały odkryć ukrytą drogę prowadzącą przez góry...
- Dobra! Co robimy?!
Atak na Wolno Kopalnie oznaczał tylko jedno - początek ostatecznej rozgrywki. Tym razem jedna ze stron musiała się poddać lub przegrać. Możliwość zemsty na ludziach Gomeza wraz z reszto najemników napawała Girona optymizmem. "Czas wreszcie dokopać Fletherowi, Gomezowi i reszcie tego dziadostwa" myślał wojownik.
- Ludzie Gomeza dobrze się okopali - zaczął swoja przemowę Gorn. - Jednak na straży pozostawili nielicznych wartowników.
- A co z naszymi kretami? - Zapytał Giron. - Jeżeli nie ryzykujemy ich życia to powinniśmy odazu atakować.
- Hej! Cord! Poślij jednego chłopaka po Lee i resztę - rzucił Gorn. Kolejne jego słowa były już skierowane do Girona. - Ja i jeden facet zejdziemy do kotliny. Spróbujemy wywabić z kopalni jak największa ilość strażników. Wy w tym czasie schowacie się za skalami. Kiedy te głąby wybiegną rzucicie się na nich z Lee i resztą chłopaków. Wtedy ja i on wbiegniemy do kopalni i rozprawimy się z reszta. Wydaje mi się, że on ma tam tez jakoś sprawę do załatwienia...
Dopiero teraz Giron rozpoznał najemnika wskazanego przez Gorna. Był to strażnik, którego widział kilka dni temu. Nie było czasu, żeby teraz z nim rozmawiać, ale wszystko wskazywało na to, ze za pomaganie nowemu obozowi wyrzuconą go ze starego.
- Jeszcze jedno pytanie - powiedział Giron. - Dlaczego Gomez zdecydował się na atak na nasza kopalnie?
- Z tego, co wiem doszło do zawalenia starej kopalni. – Mówił Gorn. - Zdaje się ,że Gomez nie ma wyboru... Został przyparty do muru. Ponoć wymordował wszystkich Magów Ognia. Dobra! My idziemy. Jak przyjdzie Lee to natychmiast ruszajcie.
- Nie daj się zabić – rzekł Giron.
- Hehe, o to możesz być spokojny - Gorn uśmiechnął się i wraz z nowym najemnikiem ruszył w kierunku "Niezupełnie" Wolnej Kopalni.
Nie trzeba było długo czekać na Lee. Przyszedł w towarzystwie większości swoich ludzi. Wśród nich byli również Lares, Wilk, Torlof, Jarvis i Cipher. Wśród najemników nie było Butcha, czemu zresztą, trudno się dziwić.
- Zostawiłem paru najemników w obozie na wszelki wypadek, gdyby ludzie Gomeza zaatakowali nas od frontu - mówił Lee.
- Dobra, ruszamy! - Krzyknął Lares i wszyscy powędrowali ścieżką do kopalni.
Na miejscu schowali się za skałami i obserwowali dwóch najemników w "akcji". Pierwszy stal przy chacie kilkanaście metrów niżej. Natomiast drugi rozmawiał z trzema strażnikami przy bramie kopalni.
- Tam stoi Szakal - rzekł któryś z ludzi Lee i wskazał na jednego ze strażników.
Po krótkiej rozmowie strażników z najemnikiem rozpoczęła się walka. Gorn natychmiast pobiegł na plac boju. Pierwszy na ziemie padł Szakal. Po jego śmierci z wnętrza kopalni wybiegła reszta ludzi Gomeza, myśleli, że maja do czynienia tylko z dwoma wojownikami. W tym momencie do ataku ruszyła reszta najemników. Zaskoczeni strażnicy nie wiedzieli co robić. W całym tym zamieszaniu Gornowi i jego kumplowi udało się wbiec do kopalni. Walka nie trwała długą. Giron nie pamiętał ilu strażników udało mu się zabić. Żądza zemsty dodawała mu siły. Zaskoczeni strażnicy nie mieli szans z najemnikami. Trupów było wiele, ale Lee stracił tylko sześciu ludzi. Zaraz potem wrócił Gorn z drugim najemnikiem.
- Jakieś problemy? - Zapytał ich Lares?
- W środku zostało niewielu strażników. Reszta to tylko Cienie i kopacze - odpowiedział Gorn.
- Dobra! Wracamy do obozu - mówił Lee. – Tam opowiem wam jak zamierzam odpowiedzieć na ten atak Gomezowi. Gorn, możesz zostać z paroma chłopakami i przypilnować jeszcze przez jakiś czas wejścia do kopalni? Będę spokojniejszy jak się tym zajmiesz.
- Oczywiście, szefie! – Odpowiedział zapytany najemnik.
Giron chciał pogadać z "nowym najemnikiem", ale nie mógł go znaleźć. "Chyba się gdzieś teleportował. Ciekawe, co on kombinuje? ".Po powrocie do Nowego Obozu Lee opowiedział wszystkim swój plan. Zamierzał bezpośrednio zaatakować Stary Obóz i rozwiązać problem raz na zawsze.
- Niby jak chcesz się dostać do zamku, nie mówiąc już o przedostaniu się przez główne bramy starego obozu? - Pytał z niedowierzaniem Lares.
- O tym pomyśle jak już będę na miejscu - odpowiedział Lee.
Butch prychnął.
- Wiele bitew stoczyłem i wygrałem w swoim życiu - kontynuował przywódca najemników. - Wiem jak sobie radzić w takich sytuacjach. Większość strażników dziś poległa. W starym obozie pozostało ich zapewne niewielu. Wezmę trzy tuziny wojowników, myślę że wystarczą.
Do starego obozu wyruszyli jeszcze tego samego dnia. Wśród najemników były takie osoby jak Lee, Giron, Wilk i Jarvis. Gorn dołączył później. Lares pozostał w obozie, aby tam kontrolować sytuacje. Butch jak zwykle pozostawał obojętny. Lee i jego ludzie dotarli do Starego Obozu późnym popołudniem. Wielu z nich nie było zdziwionych. Bramy oczywiście były zamknięte...
Był ciepły i bardzo wczesny poranek. Oblężenie Starego Obozu trwało już czwarty dzien. Giron leżał pod drzewem i ze zdziwieniem spoglądał na Lee. Do leżącego wojownika podszedł Wilk, usiadł obok niego i go zapytał.
- Co on kombinuje?
- Nie wiem – odpowiedział zapytany najemnik. – Pewnie Lee czeka na dogodny moment.
- A może chce, żeby te bandziory pozdychały z głodu?
- Prędzej to my umrzemy z głodu, niż oni.
- Mam nadzieje, ze ten cień Diego jest po naszej stronie - Wilk wskazał na niższego, ale bardzo zwinnego człowieka.
- Wyrzuconą go ze starego obozu. To przyjaciel Gorna.
- W porządku - Wilk wstał i poszedł dalej.
Przez następne godziny również nic się nie działo. Jeszcze tego poranka Giron podszedł do Lee.
- Mogę cię o cos spytać? - Zapytał.
- Wal śmiało! - Odpowiedział Lee.
- Dlaczego jeszcze nie atakujemy? Na co czeka...?
Giron przerwał i szeroko otworzył oczy i usta. Północna brama starego obozu zaczęła się otwierać.
- Co do... - Giron ze zdziwienia nie potrafił dokończyć swojego zdania.
- Ha! - Ucieszył się Lee. - Zawsze uważałem, ze lepiej poczekać te kilka dni. Do ataku!
W jednej chwili zerwali się wszyscy najemnicy. Wyjęli swoje bronie i jak najszybciej pognali do północnej bramy obozu. "Długo czekałem na ten moment. Muszę odnaleźć Flethera. Mam nadzieje ze ten łajdak gdzieś tu jest" takie były myśli Girona, gdy po tylu latach przekraczał bramy starego obozu. Walka pomiędzy strażnikami i najemnikami była bardzo zacięta. Siły były
wyrównane. Giron był pierwszym najemnikiem, który wbiegł na teren zamku. Już wcześniej, przy klasztorze Magów Ognia leżało wielu martwych ludzi Gomeza. Kolejni wybiegali właśnie z pobliskiego budynku. Giron macną zacisnął pięść na rękojeści swojego miecza i pognał w ich stronę. Za nim ruszyli Gorn, Diego i jeszcze kilku najemników. Po powaleniu pierwszych trzech przeciwników Giron usłyszał za plecami znajomy głos.
- No, no! Kogo my tu mamy! Czas przypomnieć ci moje stare lekcje!
Giron się odwrócił. W kuźni przy kowadle stal wyprostowany człowiek o bardzo nieprzyjemnym spojrzeniu. Giron przed oczami miął Flethera.
- Czas wyrównać rachunki - rzekł najemnik.
- Najwyższa pora! - Z uśmiechem odpowiedział strażnik.
Giron jeszcze mocniej trzymając swój miecz wbiegł do kuźni. Ta walka nie trwała długo. Po kilkudziesięciu sekundach najemnik pokazał swoja wyższość. Z zakrwawionej ręki Flethera wypadł miecz. Kolejne dźgniecie w brzuch powaliło strażnika na podłogę.
- Teraz już wiesz, że jesteś nikim - powiedział Giron do zalanego krwią wroga.
Klinga najemniczego ostrza stykała się z szyja krwawiącego Flethera.
- Teraz… mnie zabijesz… co? - Wykrztusił strażnik.
- Nie, pozwolę ci tu skonać samotnie.
Giron odwrócił się i skierował do miejsca gdzie przed chwilo toczyła się walka między najemnikami, a strażnikami. Zlekceważył Flethera. Mało brakowało, a okazałoby się to jego największym życiowym błędem. Umierający bandzior podniósł kusze leżąca za sobą i wycelował w kark wojownika. Już miął zamiar wystrzelić, kiedy niespodziewanie jego szyja została przebita strzało. Giron w jednym momencie się odwrócił. Flether był martwy. Przy kuźni stał Diego. Były Cień trzymał w rękach swój długi luk.
- Nigdy więcej nie odwracaj się plecami do uzbrojonego człowieka Gomeza - poradził złodziej.
- Chyba nie będę miął już więcej okazji - Giron się uśmiechnął.
Wojownicy podali sobie ręce.

Wojna miedzy Starym i Nowym Obozem dobiegła końca. Najemnicy ostatecznie zwyciężyli, choć ponieśli duże straty. Wielu z nich zginęło. Przyjaciele Girona, Gorn, Wilk, Lee i Jarvis nie odnieśli większych ran. Ludzie Gomeza, którzy się poddali trafili do lochów. Wśród nich byli Thorus i Kruk. Samego Gomeza odnaleziono w jego komnacie. Siedział na swoim tronie. Miecz magnata był wbity w jego brzuch, tak, że przebijał i jego siedzenie. Widok nie był zbyt piękny.
- Tak kończy Gomez. Największy bandyta jakiego dotąd miało tą królestwo - rzekł Lee.
- Ciekawe, kto go załatwił? - Zdziwił się Cipher.
- Chyba się domyślam... - te słowa popłynęły z ust Girona.
- Od dziś ten obóz należy do nas - teraz mówił szef najemników. - Zostawię tu paru ludzi, żeby przypilnowali cieni i kopaczy. My wracamy do domu!
Przez cało drogę powrotną najemnicy śpiewali rożne piosenki na cześć zakończenia wojny ze starym obozem i ostatecznego zwycięstwa nad Gomezem. Kiedy Giron dotarł do wielkiej jaskini zaniepokoiła go głośna rozmowa w klasztorze Magów Wody. Zaraz też udał się do pomieszczenia Saturasa. Na miejscu spotkał siedmiu Magów, sześciu z kręgu wody, jednego z kręgu ognia. Ten ostatni był jedynym, który przeżył z szóstki magów, których zamordował Gomez.
- O co chodzi? - Zapytał wojownik.
- Ten głupiec, Milten pozwolił i pomógł temu głupiemu najemnikowi skorzystać z mocy naszego kopca rudy! - Krzyczał Saturas. - Zbieraliśmy go przez lata, a teraz wszystko poszło na marne!
- Nie! - Tym razem krzyczał Milten. - On jest bardzo blisko zniszczenia bariery! Zobaczycie, ze zrobiłem dobrze!
- Radziłbym poczekać jeszcze kilka dni, a dopiero potem mieć pretensje do kogoś, czy zrobił dobrze czy źle. Wybaczcie, ale jestem zmęczony i idę się położyć. Do zobaczenia!
Wojownik opuścił klasztor Magów Wody.

Następnego ranka okazało się, ze Milten postąpił dobrze. Magiczna bariera runęła. Zaledwie garstka osób wiedziała kto zniszczył barierę i jakich czynów dokonał. Ów człowiek jednak nie wracał i Lee nie mógł na niego czekać. Wszyscy członkowie Nowego Obozu spakowali się i ruszyli w drogę. W drodze do przełęczy najemnicy odwiedzili jeszcze Stary Obóz.
- Wam, kopaczom i cieniom pozwalam odejść - zaczął przemawiać dowódca najemników, kiedy znaleźli się w Starym Obozie. - Wam, strażnikom również pozwalam odejść. Mimo, ze swoimi czynami założyliście na śmierć, daruje wam życie. Miejmy nadzieje, ze nigdy więcej już się nie spotkamy.
Na przełęczy Giron pożegnał się z Diego, który wraz z nowicjuszem Lesterem i magiem Miltenem poszli inną drogą.
- Ruszajmy! - Krzyknął Lee. - Jeszcze dziś musimy minąć przełęcz i znaleźć w lasach Khorinis dobre miejsce do kryjówki.
Najemnicy ruszyli. Giron w pewniej chwili spojrzał w stronę Butcha. Ten nie spuszczał z niego wzroku. Może miał złe plany? Może planował zemstę na Gironie?

KONIEC


Autor: Kubiaq


adres tego artykułu: http://www.gothic.phx.pl/articles.php?id=36