http://www.gothic.phx.pl

:: Droga do wolności
Artykuł dodany przez: Advocate (2004-08-24 18:07:24)

Rozdział I


Kiedy w Koloni Karnej, tak zwanej Górniczej Dolinie w Khorinis, istniał tylko jeden obóz, wszyscy więźniowie wiedzieli, że jeśli nastroje w gronie przywódców nie zmienią się, to dojdzie do jego rozpadu. Nie mylili się, tak właśnie się stało, i to dwa razy. To opowiadanie przedstawia pierwszy z tych właśnie rozpadów, a odłączona grupa później zwana jako Stary Obóz, w którym wielu więźniów zaczynało swoją przygodę z Górniczą Doliną.

To był dość spokojny wieczór, szczególnie dla straży, żadnych bójek i kłótni, każdy górnik zapłacił za ochronę. W zewnętrznym pierścieniu ludzie byli bardziej rozluźnieni, było nawet słychać przyśpiewki wstawionych górników, co zdarzało się rzadko. Byli oni rozluźnieni, ponieważ większość strażników odpoczywała, z tego względu, że w zamku odbywało się zebranie magnatów, którzy z reguły ich nadzorowali. Zebrania w obozie odbywały się raz na miesiąc, zawsze dwa dni przed wymianą z zewnętrznym światem. Byli na nich obecni wszyscy magnaci. Przewodzący nimi Gomez, a także Calom, Lee, Bartholo, Torlof i kilku innych. Był wśród nich także Arcymag Kręgu Ognia - Xardas. W obozie swoją siedzibę mieli Magowie Ognia i Wody, lecz ci drudzy nie mieszali się w sprawy dotyczące wymiany z królem Rhobarem II.
- Czyli całą żywnośc mamy już omówioną, tak? Teraz przejdźmy do uzbrojenia. - Powiedział Gomez.
- Nie! Teraz rozpatrzymy to, co od wielu spotkań przekładasz na później Gomezie. - Krzyk dobiegł z końca stołu, na twarzy Lee widać było wściekłość.
- Czy Wy nie chcecie się stąd wydostać? Jeżeli tylko wspomnę o planie ucieczki, to wszyscy udajecie, że mnie nie słyszycie. Jedynie z Torlofem udało mi się o tym porozmawiać. Pewnie z chęcią wysłuchaliby mnie górnicy, ale co oni mogą? Czy Wam tu jest dobrze? A może ktoś wam zrobił pranie mózgu?
- Milcz! - Krzyknął Calom swoim ostrym, ochrypiałym głosem. - Myślisz, że jesteś tu najważniejszy? Jeśli tak bardzo chcesz się stąd wydostać to proszę, biegnij! Już było kilku takich, którzy próbowali. Jeżeli pokażesz mi któregoś z nich żywego, to cię poprę.
- Natychmiast przestańcie! - Krzyknął Gomez.
- Nie, ja tego tak nie zostawię. Pytam ostatni raz, czy ktoś z was ma zamiar się stąd wydostać?
- Jesteśmy bezsilni. - Westchnął Xardas. Nikt z pozostałych nie odezwał się.
- Dobrze, tak myślałem. - Lee powiedział te słowa, po czym wyszedł z pomieszczenia. Nastąpiła chwila ciszy, po której odezwał się Bartholo.
- Nie przejmujcie się nim. On nigdy nie zrozumie, że nigdzie nie będzie mu lepiej niż tu. Dostaje wszystko czego zapragnie i jeszcze mu mało.
- Przepraszam Was, mam kilka rzeczy do załatwienia, a omówiliśmy już wszystkie ważniejsze sprawy. - Powiedział Torlof i także wyszedł z pokoju. Po jego wyjściu zebranie toczyło się dalej tak, jakby nic się nie stało. Lee był bardzo zdenerwowany na magnatów. Wiedział jednak, że Torlof go popiera, a Xardas nigdy nie mówi za dużo i też myśli o wydostaniu się z Kolonii. Każdy kto znał Lee już po jego minie wiedział czy jest zdenerwowany, więc kiedy wychodził przez bramę wewnętrznego pierścienia, Diego nawet nie pytał go o przebieg zebrania. Lee minął kilku strażników i przez zachodnią bramę wyszedł z obozu. Skręcił w prawo nie wiedząc w jakim celu i idąc myślał.
- "Co za idioci. Nie, to przecież niemożliwe, żeby tak myśleć! Oni nie rozumieją co to znaczy wolność i chyba nigdy nie pojmą znaczenia tego słowa. Już nie mogę patrzeć na Gomeza cieszącego się jak dziecko z kolejnych porcji piwa i chleba otrzymanych od króla. Ech..." - Lee od dawna myślał o odejściu z obozu i założeniu kolejnego, w którym skupiliby się ludzie mający na celu obalenie bariery. Oczywiście nie brał pod uwagę większości magnatów, którzy nie widzieli nic poza rudą, alkoholem i jadłem. Szedł dalej. Im dalej był od tych ludzi, był bardziej spokojny. Po jego lewej stronie płynęła rzeka, zaś po prawej rozciągała drewniana palisada obozu. Około dziesięciu metrów przed nim, przy brzegu leżał zgniły pień. Zauważył tam żerującego nad wodą Krwiopijcę, nie miał zamiaru go atakować, lecz kiedy doszedł do pnia, Krwiopijca rozpoczął lot w jego stronę. Lee wyciągnął swój topór i jednym zamachem strącił wielkiego owada. Krew wytrysnęła z rozerwanego mięsa i rozbryzgała się mu na twarzy, więc schował topór i podszedł bliżej rzeki, aby się umyć. Obmywając twarz myślał wciąż o planach związanych z obozem.
- "Kto mógłby się ze mną zjednoczyć? Gdzie powstałby obóz? Skąd bralibyśmy rudę? Hmm... najlepsza pozycja byłaby gdzieś wysoko i daleko od tego cholernego obozu. Dobrze, by znajdowało się tam jakieś jezioro, z dostępem do wody. Potrzebaby zbudować też palisadę na wypadek wojny domowej i po to, by chronić się przed dzikimi zwierzętami. Jednak wiele czasu może się zmarnować, w końcu możnaby znaleźć miejsce ogrodzone naturalnie od reszty Kolonii, na przykład przez góry. Tak, góry, to dobry pomysł. Ta rzeka wypływa z gór, czyli musi być tam jej źródło. Muszę tam iść i się rozejrzeć." - Lee szybko wytarł rękawem mokrą twarz i ruszył miarowym krokiem w górę rzeki. Znowu minął bramę obozu, nawet na nią nie patrząc, był za bardzo zamyślony i podekscytowany. Szedł dalej, przeszedł most, przed którym stało dwóch obozowych strażników. Na nich również nie zwrócił uwagi. Postanowił, że nie będzie szedł drogą, a spływem rzeki, więc nie skręcał, tylko szedł dalej prosto. Ominął wielką skałę, przeszedł kilka metrów i ląd urwał się, dlatego Lee ściągnął zbroję, pozwijał ją, a gdy skończył, schował do plecaka. Wszedł do rzeki i energicznie przepłynął kilka metrów pod prąd. Wyszedł z wody, tutaj ląd pokrywał piasek. Lee cały czas szedł przed siebie, po krótkiej chwili napotkał kolejną przeszkodę, był to mały wodospad, aby iść dalej przeszedł na drugi brzeg i lądem ominął wodospad. Kiedy wyszedł trochę wyżej, jego oczom ukazał się potężny łuk skalny, gdzie płynęła rzeka. Lee podszedł bliżej, tutaj także musiał ruszać pod prąd, rzeka miała silniejszy nurt, ale udało mu się przejść te kilka metrów i z powrotem stanąć na brzegu. Rozglądnął się, zobaczył, że jest otoczony przez wysokie skały z jednej, jak i z drugiej strony. - "Świetnie, na razie dobrze się zapowiada, pójdę dalej w głąb tej kotliny, mam nadzieję, że znajdę ścianę zamykającą ten obszar." - Jak pomyślał, tak zrobił. Ruszył w górę oglądając teren. Musiał przedrzeć się przez małe skały blokujące dalszą drogę. Kiedy ominął przeszkodę, zobaczył to, co chciał. Skały łączyły się zamykając obszar, było tam także duże jezioro, do którego spływał wodospad, to właśnie tutaj woda wypływała z gór. Lee ujrzał tam także bardzo dużą grotę w największej skale. To nie była zwykła grota, jej szerokość była zdumiewająca. Chyba nie mógł znaleźć lepszego miejsca od tego, w którym właśnie był. Już widział ludzi siedzących przy ogniskach obok swoich chat, rybaków łowiących ryby w jeziorze, słyszał trzask palących się przy drodze pochodni i rozmów z zaufanymi sobie ludźmi na temat planu ucieczki. Kiedy tak rozmyślał, teraz już naprawdę usłyszał charakterystyczny grzmot bariery. Cały obszar, który widział pokryło niebieskie światło. Popatrzył na niebo i zauważył, że bariera nie kończy się na tych skałach, tylko dalej za nimi. - "Hmm... coś tam może być, sprawdzę to." - Skały były tak uformowane, że można było wejść wyżej, prawie na sam szczyt ściany skalnej. Lee skierował się tam. Z tego miejsca do szczytu skały było już blisko, jakieś trzy metry w górę. Lee nie wiedział jak przejść przez tą skałę, nie widział żadnego miejsca, gdzie mógłby się wspiąć. Zbliżył się do kamiennej krawędzi. Znajdował się teraz około piętnastu metrów nad taflą jeziora. Ostrożnie wychylił się, aby spojrzeć czy gdzieś obok wodospadu nie dałoby się wspiąć. Lee zrobił to tak energicznie, że waga jego toporu pociągnęła jego ciało w dół. Jednak zdołał szybko chwycić się wyłomu w brzegu skały. Lee walczył ze swoją masą i ze śliską powierzchnią skały. Trwało to kilka sekund, lecz dla niego trwało to o wiele więcej.
- Daj mi rękę, szybko! - Lee od razu podał rękę nieznajomemu, który go wyciągnął.
- Niewiele brakowało, a ryby miałyby z ciebie dobrą kolację. - Powiedział nieznajomy.
- Kim jesteś? - Zapytał Lee.
- Nazywam się Lares, na pewno nigdy o mnie nie słyszałeś.
- Przyjacielu, uratowałeś mi życie, jestem twoim wielkim dłużnikiem.
- Nie zrobiłbyś tego samego na moim miejscu? Lepiej powiedz czego tutaj szukasz.
- ... - Lee nie wiedział co odpowiedzieć.
- To może opowiesz mi po drodze? Zapraszam na dobre pieczywo i wspaniałe wino, tak dawno nie widziałem człowieka. Pogadamy o zewnętrznym świecie, co ty na to?
- Dobrze. - Nie wypadało mu odmówić.
- Świetnie. Mieszkam w jaskini za tą skałą.
- Jak to? Wiesz jak przez nią przejść?
- Tak, jest tu krótki tunel ukryty za głazami, chodź.
Lares pokazał Lee tunel, przez który przeczołgali się. Potem ruszyli dalej w stronę jaskini Laresa. Rozdział II


- Jeszcze chwilę i będzie gotowe. - Powiedział Lares obracając jedno z udek Ścierwojada smażące się na starej, pogiętej patelni.
- Mieszkasz tu sam odkąd cię skazali?
- Nie chciałem się do tego wszystkiego przystosowywać. Wolałem nie mieszać się w życie całego społeczeństwa tej kolonii, więc znalazłem ten kanion i tą jaskinię.
- Rozumiem, ja od początku byłem skazany, że tak powiem, na bycie w wyższych sferach obozu. Dawniej byłem królewskim generałem... ach, nieważne.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy, pan generał. Stary, jak ty się tu znalazłeś? - Zapytał Lares z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
- To długa historia, po prostu dla kilku osób moja obecność była niewygodna. I postarały się o to, abym się tu znalazł.
- Wyższe sfery... nigdy nie chciałem poznać tego świata i mam nadzieję, że nie dojdzie do tego.
Po skończonym zdaniu obaj zamilkli na moment, ale odgłos pryskającego tłuszczu wyrwał Laresa z głębi mieszających się myśli.
- Gotowe, możemy jeść. - Mówiąc te słowa ściągnął patelnię z opalonej, metalowej płytki wiszącej nad ogniskiem. Następnie rozdzielił porcję upieczonego mięsa na metalowe tacki.
- A tak w ogóle, to miałeś mi powiedzieć po co przyszedłeś do kanionu. - Powiedział Lares przymierzając się do pierwszego kęsu.
- Tak, miałem w tym interes, a ty mnie uratowałeś, więc jestem ci winny wyjaśnienia. - Lee mówił to z poważnym wyrazem twarzy.
- Jak już mówiłem, stoję wysoko w hierarchii obozu. Jestem magnatem, wraz z resztą zarządzamy wydobyciem rudy i kontrolujemy wymianę z zewnętrznym światem. - Lee przełknął mięso i kontynuował.
- Większość magnatów to tylko zwykłe świnie opychające się tłustym mięsem, przepijając je alkoholem. Rozumiesz mnie, im tu jest bardzo dobrze i nawet nie myślą o ucieczce, a dla mnie nie ma wyższego celu niż wydostanie się z tej zakichanej doliny. - Mówiąc to, Lee podniósł głos, a kiedy skończył, wytarł twarz rękawem.
- Dobrze, ale dlaczego tu przyszedłeś? - Spytał zaciekawiony opowiadaniem Lares.
- Zaraz... większość z górników myśli tak samo, jak ja, ale oni niczego sami nie zdziałają. W gronie magnatów mam tylko jednego zaufanego człowieka, nazywa się Torlof, jest jeszcze Gorn, lecz on jest jedynie strażnikiem. - Lee wstał z taboretu i podszedł do wyjścia oświetlonego blaskiem księżyca.
- Dziś było zebranie. Pokłóciłem się z resztą magnatów i po prostu wyszedłem, już nie mogłem wytrzymać dłużej z tymi ludźmi. Prawie od samego początku mojego pobytu tutaj myślę o zebraniu ludzi, którzy sądzą tak, jak ja o odejściu z obozu.
- To czemu jeszcze tego nie zrobiłeś?
- Sam nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie. Może nie potrafię? A może po prostu nie jest mi to pisane.
- To dlatego tu przyszedłeś. Szukasz miejsca na siedzibę? - Zapytał Lares, w którego głosie wyczuwało się podniecenie.
- Tak, dokładnie. W dolinie nie widziałem lepszego miejsca niż to. Tu jest wszystko czego mi potrzeba do założenia obozu... chociaż, nie pomyślałem o rudzie!
- Jak to, o rudzie? Przecież musielibyście...
- Jak mogłem o tym zapomnieć, przecież tu nie ma rudy!
- Jesteś pewien? - Zapytał Lares z uśmieszkiem na twarzy.
- Jak dotąd nie zauważyłem tutaj niczego przypominającego mi rudę. - Odpowiedział Lee.
- Chodź za mną! Szybko. - Mówiąc te słowa Lares odrzucił jedzony kawałek mięsa, wstał ze stołka, przeszedł szybko obok Lee i zniknął za skałą. Nie tracąc chwili Lee podążył za jego śladem.
- Znalazłem to zaraz po tym, jak się tu wprowadziłem. - Powiedział Lares podążając szybkim krokiem.
- Ale co? - Zapytał Lee próbując go dogonić.
- Nie wiem czemu w ogóle się tym nie zainteresowałem. - Kontynuował Lares nie zwracając uwagi na pytanie, które zadał mu Lee.
- Ale co?! - Krzyknął Lee.
- Spójrz. - Odpowiedział Lares pokazując palcem na ziemię, z której wystawał kawałek niebieskiego kamienia.
- Przecież to.. to jest ruda! - Radośnie wykrzyknął Lee.
Lares nie był świadomy, że właśnie przyczynił się do zmiany dalszej historii Górniczej Doliny. Rozdział III


Był chłodny poranek. Kretoszczury nawet nie myślały o wyjściu ze swoich jaskiń. Również skazańcy raczej nie wychodzili poza próg swoich chat. Lee właśnie otworzył oczy, był skulony i szczelnie owinięty kocem, który Lares wygrzebał ze swego kufra wczorajszego wieczoru. Zmarznięty Lee powoli ściągnął stary koc, który przez całą noc izolował go od zimnego powietrza wlatującego z zewnątrz, następnie po cichu spakował swoje rzeczy, założył zbroję i starając się nie obudzić swojego nowego przyjaciela wyszedł z jaskini. Dopiero teraz, kiedy stanął przed wejściem do miejsca, które Lares nazywał swoim domem, poczuł jak zimno jest dzisiejszego dnia. Nie było nawet mowy, aby zobaczyć słońce, chmury wydawały się tak gęste jak nigdy dotąd. Lee wiedział, że dzisiaj musi pokazać się w obozie, bo zaraz pojawią się jakieś dziwne plotki i pomówienia, dlatego z tą myślą ruszył drogą, którą podążał wczoraj. Przeszedł ukrytym tunelem i zszedł do kanionu. Tutaj było jeszcze zimniej, a to przez chłodny wiatr wiejący z góry. Lee ciągle szedł i myślał. Właściwie miał tylko jeden cel: założyć obóz, jednak nie wiedział od czego zacząć. Minął jezioro, zszedł po skałach jeszcze niżej. Aby iść dalej, musiał przejść przez odcinek rzeki płynący pod skalnym łukiem. Na samą myśl o tym, że będzie musiał wejść do wody przechodziły go dreszcze. Lee był twardy i wszedł do rzeki, nie zważając na przeszywający całe nogi ból szedł szybko. Przejście pod łukiem nie sprawiło mu większego problemu, wkrótce znalazł się na lądzie. Cała dolna część jego ubrania była przemoczona, co potęgowało chłód jeszcze bardziej. Jednak Lee nie przejmował się tym zbytnio. Jego myśli skupiały się jedynie na obozie. Zatrzymał się na chwile, aby poprawić źle ułożoną sprzączkę w plecaku. Kiedy już udało mu się z nią uporać, ruszył dalej. Po chwili kilka metrów przed nim, z krzaków, wyłoniły się dwa Ścierwojady. Lee z niesamowitą szybkością wyciągnął ogromny topór, przyśpieszył kroku i kiedy był już bardzo blisko stworów, wykonał zamach strącając pierwszego, a następnie wykonał obrót i potężnym cięciem w korpus powalił kolejnego. Nie ocierając toporu z krwi założył go na plecy. Lee już dawno nie walczył samotnie. Ostatnimi czasy z reguły siedział przy stole w siedzibie magnatów lub rozmyślał leżąc w swoim pokoju. Zdarzały się też dni, kiedy samotnie przesiadywał na urwisku przy fortecy nad morzem. Nie widząc już żadnych niebezpieczeństw w pobliżu, Lee ruszył dalej. Nie minęła minuta, gdy był już przy moście. Jak zwykle stało przed nim dwóch strażników. Dla wszystkich więźniów było to dość dziwne, że wytrzymują w takich okolicznościach cały dzień bez zmiany warty.
- Witamy. - Powiedział głośno jeden z nich, po czym paradoksalnie nie dając odpowiedzieć zapytał.
- Gdzie się podziewałeś całą noc?
- Ech, byłem w kilku miejscach. - Odrzekł Lee monotonnym głosem. Minął strażników próbujących wyciągnąć od niego informacje, które zapewne w mig stałyby się najświeższymi plotkami w obozie. Lee nigdy nie lubił rozmawiać ze strażnikami. Wiedział, że to pachołki jego rzekomych przyjaciół magnatów. Jedynie z Gornem utrzymywał bliski kontakt. Do bramy nie było już daleko, prowadziła do niej wydeptana ścieżką, którą szybko przeszedł. U stóp bramy także stało dwóch strażników. Jednak tutaj nie było żadnej ambitniejszej reakcji z ich strony, oprócz tego, że jeden z nich popatrzył dziwnie na twarz Lee, po czym szybko odwrócił wzrok. Lee nie zatrzymywał się. Po kilku krokach cień bramy pochłonął jego ciało. Kiedy przeszedł pod jej starym, uschniętym, drewnianym dachem ukazał mu się pusty obóz. Żaden ze skazańców nie siedział przy swojej chacie. Ogniska były zagaszone, jedynie słychać było przytłumione głosy rozmów zza ścian chat. Kiedy Lee przyjrzał się dokładniej, zauważył skrytego w cieniu baldachimu Diego siedzącego na ławce przed swoją chatą. Ruszył w jego stronę z chęcią przywitania się z przyjacielem. Kiedy podszedł do Diego, chciał go powitać, lecz tamten go uprzedził.
- Witaj, a gdzie się podziewałeś całą noc? - Zapytał Diego.
- Cieszę się, że cię widzę. Nie martw się, dobrze zjadłem, co nieco wypiłem i co najważniejsze, nikt mnie nie okradł. - Zaśmiał się Lee i ruszył w stronę bramy nie kończąc rozmowy. Zdziwiony Diego krzyknął.
- Hej, zaczekaj! - Widząc, że Lee nie zwracał uwagi na te słowa, zmieszany Diego zaprzestał wołania i pomyślał o tym jak trudno w dzisiejszych czasach o rozmowę.
Lee był zmuszony do ominięcia kolejnej pary strażników, którzy tym razem stali przy bramie wewnętrznego pierścienia. Następnie ukazał się przed nim dziedziniec wewnętrznego pierścienia. Stało na nim dwóch Magów Ognia, rozmawiali oni o sprawach bardzo niejasnych lub jak górnicy, o sprawach prostych i monotonnych. Nieco niżej, na niewielkiej płaszczyźnie trenowali strażnicy pod okiem Skorpiona, znanego ze swojej solidności. Lee przeszedł środkiem placu zmierzając ku wejściu do domu magnatów. Kiedy przekroczył próg, ukazał się przed nim korytarz. W obu jego bocznych ścianach znajdowały się drzwi do różnych pomieszczeń, zaś przy frontowej ścianie stały schody, którymi to magnaci dostawali się do swych pokojów. Lee wszedł po nich na górę. Tradycyjnie jeden ze stopni zaskrzypiał. Na piętrze ruszył w kierunku drzwi do swojego pokoju. Wyciągnął klucz z sakiewki i wsunął go powoli do zamka. Po przekręceniu usłyszał charakterystyczny dźwięk i nacisnął na klamkę wchodząc do środka. Jego pokój nie był za duży. Znajdowało się w nim jedynie biurko ze stojącym obok krzesłem, niewielka skrzynia i łóżko, na którym leżąc często rozmyślał. Była jeszcze jedna, szczególna rzecz w tym pomieszczeniu - obraz. Przedstawiał rzekę o bardzo silnym nurcie. Jej fale uderzały o głazy, które stały na jej drodze. Lee często wpatrywał się w dzieło nieznanego mu autora i myślał o tym, że ta rzeka płynąca bardzo szybko jest wolna, i zazdrościł wolności tej rzece. Teraz, kiedy również spojrzał na obraz jego myśli skupiały się na tym, aby być wolnym. Jednak teraz nie zwrócił szczególnej uwagi na płócienny malunek. Lee szybko ściągnął plecak i rzucił nim w kąt pokoju, następnie położył się na swoim wygniecionym łóżku. Leżąc rozmyślał, chociaż jego myśli nie były tak trzeźwe, bowiem organizm zmęczony podróżą musiał przez chwilę odpocząć. Lee po chwili zasnął, wcześniej tego nie planując. Odbiło się na nim wczorajsze siedzenie do późna, a także spanie na twardej, skalnej podłodze. Z głębokiego snu wyrwało go pukanie do drzwi. Rozespanym głosem powiedział:
- Proszę, otwarte. - Klamka opadła w dół, a kiedy drzwi otworzyły się, ukazał się w nich Torlof.
- Witaj, słyszałem, że wróciłeś. Lecz skoro śpisz, nie będę ci przeszkadzał. - Lee chciał się zobaczyć z Torlofem, więc nie miał zamiaru zgadzać się z tym, by odszedł.
- Nie, wejdź. Miałem nadzieje, że przyjdziesz. - Odpowiedział uśmiechnięty.
- Nie będę ci przeszkadzał? - Powiedział Torlof, po czym usiadł na drewnianym krześle, które wcześniej musiał wysunąć spod lady biurka. Lee usiadł na krawędzi łóżka i kontynuował.
- Chciałem się z tobą zobaczyć, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia. - Torlof słuchał z uwagą.
- Nie było mnie całą noc, co zapewne cię zdziwiło. Byłem w górach, u źródła rzeki. Tej, która płynie niedaleko obozu. - Wyjaśnił. Torlof wciąż słuchał z uwagą, dalej nie wiedząc o co dokładnie chodzi jego przyjacielowi.
- Znalazłem tam to czego szukamy, rozumiesz? Znalazłem. - Po wypowiedzeniu tych słów, podekscytowany Lee patrzył na twarz Torlofa czekając na reakcję z jego strony. Torlof przełknął ślinę.
- To tak się traktuje przyjaciół? Zamiast od razu po przybyciu mnie zawiadomić, ty idziesz spokojnie spać? - Jego głos był stanowczy i poważny, Lee patrzył na niego ze zdziwieniem, nie wiedząc za bardzo o co chodzi. Torlof nagle uśmiechnął się.
- Stary, udało się, znalazłeś miejsce na obóz. Teraz może nam się wszystko udać tak, jak planowaliśmy. - Lee uśmiechnął się i słuchał.
- Gdzie znalazłeś to miejsce? Jest tam wszystko czego potrzeba? A zresztą opowiesz mi wszystko w warsztacie, musimy powiedzieć o tym Gornowi. - Torlof wstał z krzesła nawet nie zasuwając go pod biórko i ruszył w stronę drzwi. Lee również wstał i podążył za nim. Przez to całe zamieszanie zapomniał zamknąć pokoju na klucz, choć z reguły zawsze to robił. Obaj zbiegli po schodach, jak przedtem jeden ze stopni zaskrzypiał. Szybko minęli korytarz, lecz kiedy wychodzili już na zewnątrz zwolnili kroku, aby nie zwracać na siebie większej uwagi. Spokojnie szli środkiem dziedzińca, minęli magów, którzy prowadzili długą konwersację. Przeszli po metalowych kratach dzielących ich od piwnic zamku. Przed nimi ukazało się wnętrze warsztatu. Było to dość szerokie pomieszczenie. Po jego lewej stronie znajdowało się palenisko, kowadło i cała reszta narzędzi potrzebnych do wyrobu broni białej oraz grotów do strzał i bełtów. Tym rzemiosłem zajmował się kowal Stone, który także teraz hartował kawałek metalu przeznaczonego pewnie na miecz. Po prawej stronie warsztatu stała lada, zaś za nią Skip, sprzedawał oręż. Jak zwykle po lewej stronie lady siedział Gorn. Był to dobrze zbudowany mężczyzna o ciemnej karnacji skóry. Miał na twarzy gęsty zarost, w obozie mało było osób, które odważyłyby się po trzeźwemu stanąć z nim do pojedynku. Uchodził on za jednego z najsilniejszych w całej Kolonii. Był strażnikiem, ale rzadko było go widać na służbie, jedynie jego zbroja dawała o tym znać. Był to jedyny strażnik, z którym zadawał się Lee. Wszyscy w obozie wiedzieli, że Gorn został od razu wzięty do straży ze względu na jego siłę, nie interesował się w ogóle służbą, ani utrzymywaniem kontaktów z magnatami, więc Lee nic do niego nie miał. To właściwie jedna z najbliższych dla niego osób. Kiedy Gorn zobaczył dwójkę swoich przyjaciół wchodzących do warsztatu, odłożył butelkę z piwem i przywitał ich.
- Witajcie. - Lee z Torlofem zatrzymali się przed nim.
- Cóż się stało, że obaj przychodzicie do mnie tak nagle? - Lee chciał już odpowiedzieć na to pytanie, lecz Skip przerwał rozmowę.
- No, więc na mnie już czas. - Powiedział i wyszedł z warsztatu. Nie miało to żadnego związku z obecnością Lee i Torlofa, Skip z reguły kończył pracę o tej porze. Gorn zapytał ponownie zwracając na siebie uwagę.
- O co chodzi? - Lee wraz z Torlofem ponownie popatrzyli na niego.
- Chcielibyśmy ci powiedzieć, że się udało. - Tłumaczył Lee.
- Co się udało? - Zapytał zdziwiony Gorn.
- Lee udało się znaleźć dobre miejsce na obóz. - Powiedział głośno Torlof. Gorn przełknął piwo i ze zdumieniem spojrzał na ich twarze.
- Udało się? Jest dobre miejsce na obóz, to wspaniale, gdzie? Opowiadajcie. - W głosie Gorna słychać było podekscytowanie, chciał wiedzieć więcej, jednak za plecami Lee i Torlofa pojawił się Skorpion, który zwrócił się do Gorna.
- Hej, Gorn, chodź tu na chwilę, jesteś potrzebny. - Gorn wstał z taboretu.
- Cóż, obowiązki wzywają, niestety, zobaczymy się wieczorem, wtedy wszystko mi opowiecie. - Po wypowiedzeniu tego zdania minął przyjaciół i wraz ze Skorpionem znikł za winklem kamiennej ściany. Lee popatrzył na Torlofa.
- Rzadko go widzę w takiej sytuacji, hehe. - Zaśmiał się. Obaj skierowali się w stronę wyjścia, gdy zza ściany wyszedł Bartholo razem z Gomezem. Lee zmieszał się, nienawidził ich obecności. Myśl, że będzie musiał rozmawiać z tą dwójką, nie ucieszyła go ani trochę. Bartholo stanął na drodze, założył rękę na rękę i powiedział.
- Kogoż my tu mamy? Nasz buntownik? - Zaśmiał się szyderczo. Gomez również się uśmiechnął. Lee był bardzo zdenerwowany.
- Zejdź mi z drogi. - Powiedział stanowczym tonem. Barthollo zaśmiał się.
- A jak nie, to co? Postraszysz mnie bandą przekupionych górników i swoim kumplem, leniem? - W tych słowach chodziło mu o Gorna. Lee nigdy nie było miło słysząc obrażanie jego przyjaciół, w jego obecności. Nie wytrzymał naparcia nerwów, które skupiały się w nim przez te wszystkie lata w stosunku do Barthollo. Podbiegł do niego i potężnym ciosem wymierzonym w twarz powalił go na ziemię. Widzący to Gomez odepchnął Lee. Torlof włączył się do całego zamieszania i zatrzymał rozwścieczonego Gomeza.
- Albo natychmiast go przeprosisz... albo nie chcę cię tu więcej widzieć. - Wydyszał Gomez. Lee popatrzył mu prosto w oczy i bez wahania odpowiedział.
- Już dawno chciałem to zrobić. - Po wypowiedzeniu tych słów Lee ruszył szybkim krokiem w stronę domu magnatów, Torlof poszedł za nim. Minęli zwijającego się Barthollo, nawet na niego nie patrząc. Wszyscy obecni na dziedzińcu przerwali dyskusje i bez słowa spoglądali na całe zajście. Przyjaciele przeszli przez próg domu, ruszyli korytarzem, a potem schodami. Lee wszedł do swojego pokoju, podniósł z ziemi plecak i zaczął pakować do niego wszystko, co leżało na biurku. Torlof stał w drzwiach. Lee nie odwracając się powiedział.
- Jeżeli chcesz iść ze mną, pakuj się. - Torlof usłyszawszy te słowa ruszył do swojego pokoju. Lee pakował wszystkie rzeczy należące do niego. Kiedy miał już wszystko i chciał wyjść z pomieszczenia, spojrzał na obraz. Westchnął, po czym szybko rozbił drewnianą ramę i zwinął płótno do plecaka. Wtedy był pewien, że ma już wszystko. Wyciągnął klucz z kieszeni i zostawił go na łóżku, ostatni raz spojrzał na cały pokój i wyszedł na korytarz. Zastał tam również gotowego już Torlofa. Ucieszył się na widok jego pełnego plecaka i powiedział.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - Torlof uśmiechnął się. Obydwoje zeszli po schodach. Lee miał nadzieje, że już nigdy nie będzie musiał oglądać tych wnętrz. Gdy byli na dziedzińcu, ponownie przykuli do siebie uwagę wszystkich obecnych. Nawet Gomez klęczący przy Barthollo przez chwilę popatrzył na dumnie idącą dwójkę. Szli spokojnie i powoli patrząc przed siebie. Przy pierwszej z bram zobaczyli Diega stojącego przed chatą. Spojrzeli na niego, on także patrzył na nich, mrugnął i lekko kiwnął głową w dół. Sami nie wiedzieli o co dokładnie mu chodziło. Zostawiali w tyle kolejne chaty, idąc wciąż bardzo spokojnie. Kiedy przeszli pod dachem drugiej z bram, pozostawał im jeszcze tylko most. Dotarli do niego piaszczystą ścieżką, szybko ominęli strażników. Skręcili na północ, po kilkudziesięciu metrach Torlof wreszcie zapytał.
- Co teraz? Co będziemy robić dalej?
- Sam próbuje odpowiedzieć sobie na to pytanie...



Autor: Sqall


adres tego artykułu: http://www.gothic.phx.pl/articles.php?id=34