http://www.gothic.phx.pl

:: Atak Króla, cz.2
Artykuł dodany przez: Advocate (2004-08-24 18:06:09)

Prolog


Wygrali. Pokonali ludzi króla, ale prawdziwa walka miała się dopiero zacząć. Nie mogli tak po prostu uciec z kolonii karnej, wciąż byli przecież więźniami. Należało obmyślić fortel, co do ucieczki. Rhotbar II, który dowiedział się już o masakrze swego wojska, postanowił wysłać do Górniczej Doliny nowe oddziały, by ostatecznie zdusić bunt więźniów.


Rozdział I


Lee zbudził się dziś wcześniej niż zwykle. Wstał, przetarł oczy i siadł przy dużym, dębowym stole. Przywódca najemników kończył jeść pieczeń ze ścierwojada, gdy pierwsze promienie słońca padły na spokojną taflę jeziora. Wstał od stołu, wymownie się przeciągnął i począł rozmyślać nad planem ucieczki. Zanim przybył Gorn, też mający chrapkę na smakowitą pieczeń wg przepisu Wilka, Lee miał już kilka ciekawych pomysłów co do możliwości opuszczenia Górniczej Doliny, ale jeden wydawał mu się nader obiecujący...
Wstał, gdy ujrzał w wejściu do swej groty starego kumpla, Gorna. Potężna sylwetka wojownika, stojącego w wejściu do jaskini, całkowicie zasłaniała nikłe promienie światła, więc Lee czym prędzej zaprosił towarzysza niedoli do stołu.
- Witam, szefie. – Zaczął, Gorn. – Co dziś tak wcześnie?
- Jakoś nie mogłem spać, ale widzę, że ty odpoczywasz w najlepsze, ha ha!
Zakłopotany wojownik podrapał się po głowie powodując nagłą ucieczkę kilku robaczków, które zalęgły się w jego czarnych włosach. Chcąc zmienić temat zagadał:
- Jest jeszcze ta pyszna pieczeń Wilka? No wiesz, ta z grzybami.
- Chyba Torlof całą zjadł. – Odpowiedział Lee odkopując pod stół resztki posiłku, którego Gorn tak chciał skosztować.
- Trudno, zjem coś innego.
Na tym zakończyła się konwersacja na temat jadła i Lee pozostało tylko patrzeć na opychającego się szynką przyjaciela. Gdy skończyło się radosne mlaskanie, przerywane donośnymi beknięciami, a na stole zostały tylko nagie kości, dwaj najemnicy powrócili do rozmowy.
- Szefie, tak sobie myślałem o całej tej ucieczce z Górniczej Doliny i chciałem zapytać wprost, jak chcesz do jasnej cholery tego dokonać!?
Zapadła głucha cisza, a Lee po krótkim namyśle rzekł:
- Mam pewien pomysł, ale muszę to jeszcze dokładnie omówić z tobą, Torlofem i Saturasem. Spotkamy się na wielkim głazie, przy jeziorze. Przekaż im, żeby byli tam w południe. Ja jeszcze muszę coś załatwić.
Po tych słowach wyszedł zostawiając Gorna w towarzystwie własnych, skłębionych myśli i ruszył w kierunku bramy wyjściowej, rzucając ceremonialne: „Witam”, gdy mijał co ważniejszych członków obozu.
Dzień zapowiadał się pogodny, więc Lee z zadowoleniem ruszył w kierunku Obozu Sekty. Szedł szybkim, męskim krokiem. Minął spoglądających spode łba strażników pilnujących ścieżki prowadzącej na tereny Orków i przekroczywszy leniwie płynącą rzeczkę, ruszył już prosto do obozu na bagnie. Dotarł do zniszczonej bramy, minął chatkę Lestera i doszedł do opuszczonego laboratorium Cor Kalom’a.
Na podłodze opustoszałego budynku leżały rozbite fiolki i jakieś papiery, a w powietrzu unosił się ciężki aromat ziół. Lee ogarnął pokój wzrokiem. Podszedł do przewróconego kociołka, z którego powoli kapał na podłogę jakiś lepki płyn. Po zapachu można było rozpoznać rodzaj mieszaniny, w której skład wchodziło bagienne ziele. Wtem zauważył to, czego szukał. Wielka, opięta w skórę księga leżała wśród potłuczonych buteleczek. Chwycił ją w dłoń. Była ciężka. Otworzywszy opasłe tomisko ujrzał pożółkłe stronice zapełnione dziwnym pismem runicznym. Zamknął na powrót księgę i schował ją do pojemnej torby ze skóry kretoszczura. Nagle usłyszał odgłos rozdeptywanego szkła. Obejrzał się i ujrzał stojącego w progu nowicjusza.
- Zostaw rzeczy mistrza! – Krzyknął były sekciarz ściskając w ręku potężny młot bojowy.
- Ja tylko... – Zaczął Lee, ale oszalały nowicjusz rzucił się na niego z pianą na ustach i szaleństwem w oczach.
Przywódca najemników wykonał zgrabny unik i wybiegł na zewnątrz laboratorium. Wolał walczyć mając większe pole manewru. Pewnie stanął na drewnianej kładce i chwycił w dłoń swój zasłużony w walce topór ozdobiony tajemniczymi inskrypcjami. Z budynku wypadł znany już mu nowicjusz i ruszył w jego kierunku. Szaleniec zamachną się na Lee celując w jego głowę, ale ten był szybszy. Ciął wroga w kolano. Z krzykiem upadł na kładkę i leżał krwawiąc obficie.
- No już, zabij mnie. No zabij mnie! – Krzyczał coraz głośniej szaleniec, dysząc przy tym ciężko.
Najemnik nie mając wyboru zamachnął się i zimną stalą skończył żywot szaleńca leżącego u jego stóp. Lecz gdy tylko zdołał wyciągnąć swą broń z czaszki martwego przeciwnika, bełt świsnął tuż koło jego ucha. Obejrzał się i zobaczył Strażnika Świątynnego mierzącego weń z lekkiej, lecz niezwykle celnej kuszy. Czym prędzej uniknął drugiego bełta, zeskoczył z kładki i pobiegł w kierunku bramy wyjściowej.


* * *



Lee zatrzymał się dopiero na małej plaży w pobliżu siedliska goblinów. Mimo sporej odległości jaka dzieliła go od obozu na bagnie, nadal czuł się śledzony przez oszalałych sekciarzy. Zastanawiał się on czemu tylko ci nieliczni zwariowali? Przecież Bezimienny zachowuje się normalnie. Co więc powoduje to szaleństwo?
Takie to myśli dręczyły dowódcę najemników podczas drogi powrotnej do swego obozu. Po chwili, mijając grupę grzejących się na słońcu jaszczurów, Lee spojrzał w niebo i krótko skomentował:
- Cholera, już południe.
Przyspieszył kroku, chcąc zdążyć na ustalone spotkanie ze swymi zaufanymi ludźmi i magiem, na wielkim głazie przy jeziorze.
Dotarł na miejsce kilkanaście minut później. Saturas, Torlof i Gorn już z niecierpliwością czekali na powrót Lee, a ponieważ słońce mocno przygrzewało, schronili się w cieniu rozłożystych wierzb płaczących, które rosły w pobliżu jeziora i ogólnie lenili się. Na widok nadchodzącego Lee, Torlof odłożył ryżówkę, którą powoli sączył, puknął drzemiącego Gorna w ramię i rzekł cicho:
- Wreszcie. – Poczym krzyknął w kierunku maga. - Saturas, Lee przyszedł!
Mag siedział nieopodal i medytował, jednak gdy usłyszał słowa Torlofa momentalnie wyszedł z transu i widać mocno „stanął” myślami na ziemi, bo od razu rzekł:
- Po co nas tu zwołałeś, Lee?
Lee zebrał myśli i rzekł:
- Jak wiecie, wojska króla obstawiły wszystkie wyjścia z kolonii karnej – zaczął Lee – a my nie mamy dość sił, by pokonać wojów Rhotbara. Wpadłem na pewien pomysł.
- Mów czym prędzej! – Odrzekła zgodnym chórem trójka słuchaczy.
Przywódcę najemników ucieszył entuzjazm kolegów, więc kontynuował:
- Bezimienny opowiedział mi kiedyś, jak zasłyszał podczas służby w bractwie, o tajemniczym rytuale mającym na celu przywołanie pomniejszego demona, Fridrisso. Mówił też, że potrzeba do tego magicznej księgi. Takiej, jaką miał Cor Kalom.
- Co to ma wspólnego z naszym planem ucieczki z tego przeklętego miejsca? – Spytał Torlof.
- Do tego właśnie zmierzam – bronił się Lee – otóż można przyzwać demona, aby pomógł nam w walce o wolność, ba, może nawet odwalił za nas całą brudną robotę. Co wy na to?
Zapadła cisza. Każdy rozmyślał o „za i przeciw”. Wtem odezwał się Saturas:
- Ale jak masz zamiar dopełnić rytuału?
- Do tego potrzebuję pomocy waszej i Bezimiennego.
- To głupie i lekkomyślne, ale... - Zapadła chwila pełna napięcia i wtedy Saturas dokończył swej mowy -... Zgoda. Co mam zrobić? Rozdział II


Bezimienny wrócił ze zwiadu nie mając dla Lee zbyt pomyślnych wiadomości.
- Król zebrał prawie pięć tysięcy doborowych żołnierzy i oblega wszystkie wyjścia z Górniczej Doliny. Nawet z pomocą Innosa nie damy rady.
- Rozumiem. – Odpowiedział ze spokojem Lee, co zdziwiło zwiadowcę przygotowanego na najostrzejsze przekleństwa i wyzywanie króla od ścierwojadów, więc powiedział z irytacją:
- Nie martwisz się?!
Ale Lee nadal ze spokojem mówił:
- Mam pomysł, pamiętasz ten rytuał przywołania, o którym mi opowiadałeś?
- Tak...
- Mam księgę Cor Kaloma.
Bezimienny ze zdziwienia aż oczy szerzej otworzył.
- Jak ją zdobyłeś?
- Za dużo by gadać, ważne, że ją mam.
Wtem do groty wszedł uradowany Saturas. Błękitna szata zdobiona srebrnymi haftami majestatycznie okrywała maga, który z zadowoleniem rzekł:
- Przetłumaczyłem księgę. Było ciężko, ale z pomocą starożytnych run dałem radę.
Z dumy czarodziej aż wypiął pierś, co mu raczej nie przystoi, ale teraz było w pełni usprawiedliwione.
- Wspaniale – Lee zatarł ręce – możemy przejść do szczegółów. Drogi Saturasie?
- Tak jest!
Mag przysiadł się do stołu i mówił dalej:
- Do odprawienia rytuału trzeba pięciu osób. Muszą one ustawić się w szyku tworzącym pięcioramienną gwiazdę. Na środku trzeba położyć dar dla demona, na przykład alkohol. Potem przewodniczący przywołania, czyli ja, wypowiada magiczną formułę, trzask-prask i mamy na jeden dzień demona - służącego.
- Ach, ta technika. Demon w dziesięć minut. – Westchnął Lee i ciągną dalej. – Gdy wiemy już co robić, pozostaje tylko pytanie - kiedy?
- Nie możemy zwlekać, załatwmy to jutro! – Rzekł Bezimienny.
- Tylko gdzie? Według księgi rytuał trzeba wykonać niedaleko miejsca przeznaczenia demona, znaczy tam, gdzie Fridrisso ma coś zrobić. – Oświecił towarzyszy Mag Wody.
- Hm, czyli znowu mała dywersja na tyły wroga. - Odpowiedział Gorn, który bez wiedzy pozostałej, obradującej trójki przysłuchiwał się rozmowie stojąc w wejściu do kamiennego pomieszczenia.
- Jak za starych dobrych czasów! Ha, ha! – Zaśmiał się Lee.
- Spotykamy się jutro w grocie Lee, zgoda? – Zapytał Bezimienny licząc na prędką odpowiedź, bo był już bardzo zmęczony, a wszyscy ku jego uciesze chórem krzyknęli: „Zgoda”, po czym udali się na spoczynek do swych domostw.


Rozdział III: Wędrówka


Był wczesny poranek gdy cała piątka siedziała już zwarta i gotowa w grocie Lee. Czekali tylko na gospodarza, który miał zdobyć do ich przedsięwzięcia najlepszą ryżówkę w całej osadzie. Wrócił po pewnym czasie i mimo iż zajęło mu to parę chwil to dzierżąc w dłoni butelkę wybornej ryżówki wszedł triumfalnie do swego mieszkanka. Po chwili cała grupa ruszyła na miejsce, w którym mieli przywołać demona.

Dzień nie był zbyt pogodny. Było pochmurnie i zbierało się na deszcz, więc nawet kretoszczury nie walczyły chociaż był to dla nich okres godów. Szli tak milcząc, aż napotkali grupkę zwiadowców króla badających nowy dla nich teren. Na widok najemników i maga, wraża grupa od razu poczęła działać. Dowódca zwiadu ubrany w srebrno-czerwony pancerz nakazał formowanie szyku obronnego. Ale wydał rozkaz za późno, doświadczeni wojownicy najemni momentalnie wpadli między królewskich żołnierzy i „rozerwali” ich nieco.
Gorn ciął swym dwuręcznym toporem, ulubioną bronią ludzi z Nowego Obozu, kusznika w służbie Rhotbara II. Ten wystawił rękę, aby rozpaczliwie obronić twarz, ale lekki pancerz nie wytrzymał. Ręka została odrąbana, a drugi cios, który tym razem trafił w klatkę piersiową wroga, całkowicie załatwił sprawę. Wraz z Saturasem, Bezimienny rzucał zaklęcia. Lodowe pociski osłabiały ludzi króla, którzy potem łatwiej poddawali się najemnikom. Lee i Torlof też nie próżnowali. Oparli się plecami o siebie i rozpoczęli krwawy balet. Nie minęła chwila, a cały oddział zwiadowczy leżał już zmasakrowany na czerwonej od krwi ziemi.
Aby jednak inne oddziały króla nie odnalazły zwłok i nie wszczęły alarmu, Mag Wody rzucił zaklęcie czystki i po uniesieniu przez niego rąk, zwłoki rozpłynęły się jak śnieg na wiosnę. Woda ich ciał wsiąknęła w glebę, oczyszczając ją z krwawych plam.
Przez resztę marszu, było już spokojnie. Bezimienny i jego przyjaciele nie spotkali żadnego z królewskich pachołków. Jedynym śladem bytności wrogich wojsk były głębokie bruzdy w ziemi, prawdopodobnie ślady kół pozostawione przez wozy transportowe króla.
Gdy dotarli na wzgórze, za którym stacjonowały potężne oddziały Rhotbara II przystanęli i Torlof spytał:
- Co teraz? Zaczynamy zabawę? – Był podekscytowany, nigdy jeszcze nie widział pomniejszego demona.
- Nie, jesteśmy za daleko. Trzeba dostać się między ludzi króla. – Odpowiedział Saturas.
- Tylko jak? – Słusznie zauważył Lee, ale Bezimienny już wiedział co począć i rzekł:
- Czy tam nie suszą się królewskie mundury? Rozdział III: Mała dywersja


- Ale ciasne. – Cicho skomentował Gorn, którego mundur faktycznie był za mały. Spod stalowoszarych guzików wystawał lekko utuczony brzuszek. Chcąc go pocieszyć Torlof rzekł:
- Nie przejmuj się, mój też jest trochę za ciasny.
Gorn spojrzał na niego i jeszcze bardziej się załamał, bo pancerz Torlofa był faktycznie za ciasny, ale w ramionach i pod lekką zbroją zarysowywały się widocznie potężne mięśnie. Gdy już cała piątka wbiła się w nowiutkie mundury Gwardii Królewskiej, zaczęło się ściemniać. To był czas na działanie.
Grupa „pogromców króla” ruszyła w kierunku głównego placu. Przed nim rozciągał się namiot generałów, na który Lee spojrzał ze smutkiem i gniewem. Sam był przecież niegdyś generałem.

Nie było wokół nich już żadnego żołnierza, ponieważ wszyscy jedli smaczną, zapewne, kolację. Jedynie nieliczni strażnicy pełnili wartę, ale i oni ignorowali doskonale zamaskowanych dywersantów. Rozpadało się, ale to nie zniechęciło naszych bohaterów.
Lee, Torlof, Gorn, Bezimienny i Saturas stanęli na kształt pięcioramiennej gwiazdy. Mag umieścił na środku figury ryżówkę i brodząc w nowopowstałym błocie wrócił na swoje miejsce. Czarodziej wydobył księgę Cor Kaloma i rozpoczął czytać słowa magicznej formuły. Atrament rozpływał się pod wpływem kropli deszczu, tak, że Saturas musiał się streszczać.
Gdy wypowiedział słowa: „Unberto, disteni frodso”, które kończyły zaklęcie, butelka wybornego alkoholu dosłownie zapadła się pod ziemię czemu towarzyszył donośny grzmot. Było tak hucznie, że aż z namiotów żołnierze wybiegli, często dzierżąc w dłoni miskę z zupą albo udziec kretoszczura. Wtem z podziemi wyskoczył gwóźdź programu – demon Fridrisso. Przypominał czarnoskórego mężczyznę, jednak strasznie zdeformowanego. Oczu miał trzy pary, paszczę pełną ostrych zębów, a odziany był w czerwoną szatę z czarnymi haftami. Spojrzał na Saturasa i rzekł z ironicznym poważaniem:
- Czeeegoooo żądasz, paaanieeee?
- Ja, twój pan – Saturas mówił głosem nieznanym jego towarzyszom, grubym i potężnym, a taką to sztuczkę zmiany głosu znali Magowie Wody – żądam, byś zniszczył tu obecnych żołnierzy króla Rhotbara II, a ochronił nas, którzy cię przywołaliśmy. Takie jest moje żądanie Fridrisso! Potem możesz odejść!
- Doobrzeee! Speeeełnię tooo, a poootem odejdę. Takaaa jessst twojaaaa wola!
Gdy demon skończył przemawiać odwrócił się w stronę oniemiałych żołnierzy i zaczął destrukcję.
Wymachiwał kościstymi rękoma, a z każdym zamachem powstawały setki szkieletów. Te rzuciły się na ludzi króla, którzy rozpaczliwie próbowali się bronić, lecz magicznych szkieletów Fridrisso nie tak łatwo pokonać. Na miejsce każdego zniszczonego powstawały dziesiątki nowych. Wojska królewskie nie miały szans w tak nierównej bitwie. Nawet generałowie przyłączyli się do walki. Bili się mężnie, bohatersko. Ciężko było Lee patrzeć na śmierć tylu istnień. Nienawidził króla, jednak jego ludzie byli, no właśnie, tylko ludźmi. Mimo że z każdym martwym wojem czuł ulgę, to w ich wybałuszonych oczach widział strach i ból.
Dowódca najemników zamknął oczy. Przypomniał sobie przeszłość. Zamek króla. Swój dom. Syna, którego zabawia. Żonę, która biegnie doń po łące pełnej kwiatów... Wspomnienia przerwał mu krzyk górujący ponad powszechnym zgiełkiem. Otworzył gwałtownie oczy. Jasność dnia oślepiła go nieco, ale ujrzał martwego żołnierza przeszytego mieczem przez pobliski szkielet. Wyciągnął dłoń. Chciał zamknąć oczy nieżywemu wojowi, ale dziwna siła nie pozwoliła mu na to. Zrozumiał. To Fridrisso otoczył ich barierą, swoistym polem ochronnym. Nie mógł zamknąć oczu trupa, patrzącego nań ze strachem. Ze strachem przed nieuchronnym, przed śmiercią. Ten żołnierz mógł mieć zaledwie szesnaście lat. Tak młodo zginąć. Po policzku Lee spłynęła łza. Był twardy, ale nieświadomie począł ronić łzy. Te łzy, które były w nim skamieniałe, te uczucia, które wstrzymywał przez cały pobyt w kolonii karnej...

Fridisso odszedł równie szybko jak przybył. Razem z armią szkieletów powrócił do piekieł. Wygrali. Król poległ. Nic nie stało na drodze do wolności. Do wielkiego świata, do szczęścia...


Epilog


„Bohaterowie Górniczej Doliny!”, „Herosi Kolonii Karnej!” - tak ich obwieszczano w całej dolinie. Każdy więzień ich znał. Wielu ich kochało, wielu innych nienawidziło, ale jedno było pewne: nikt ich nie zapomni. Oni otworzyli drzwi na wielki świat wszystkim uwięzionym w Górniczej Dolinie, dali nadzieję. To oni tworzyli i niszczyli. Nikt dziś już w nich nie wierzy, ale to, że byli, jest niepodważalne.



Autor: Rafer


adres tego artykułu: http://www.gothic.phx.pl/articles.php?id=32